Blog

Pan Okładkowy

23674721_152138675535429_5514606760722214257_o

Przy hobbystycznych produkcjach o budżet trudno. Kiedy więc przychodzi pora na projekt i design, rozglądamy się za dobrą duszą, która z czystej dobroci serca użyczy swego talentu i znajomości programów graficznych. I tak oto Pan Fotograf stał się Panem Okładkowym. To jego debiut w tej branży.

Pan Okładkowy na co dzień lubi sobie pstryknąć fotkę tu i tam. Jego rytuałem w dni wolne jest wstawanie o czwartej nad ranem, by pociągiem udać się w nieznane (lub znane), bo a nuż będzie fotogeniczny wschód słońca. Lubi, biedaczek, przyrodę. Moknięcie w Parku Richmond po to, by uchwycić w obiektywie ryczącego jelenia, to tylko przykład jego poświęcenia. Tak, zazwyczaj moknę razem z nim. Z licznych wycieczek w rodzinne strony swojej drugiej połowy także przywozi fotograficzne suweniry.

Okładkowy publikuje w Internecie dokumentacje swoich przygód z obiektywem. Niektórzy z czytających znają go pod innym nazwiskiem, stąd poniższy link wyda się im nieco tajemniczy. Nie obawiajcie się. To wciąż on, ten sam.

Zajrzyj, obejrzyj, zalajkuj, podziel się. Niech ma Okładkowy jakąś zapłatę za swoje projektowe trudy.

https://www.facebook.com/DanielFarringtonPhotography/

 

To jest post o playliście

Czy wiedzieliście, że w aplikacji Spotify istnieje playlista, na której zebrane są wszystkie utwory wspomniane przez bohaterów książek? Uwielbiam mieć odpowiedni OST to lektury! Ścieżka dźwiękowa do książki… Czyli łączenie przyjemnego z – także przyjemnym.

A kiedy bohaterowie mają swoje ulubione piosenki, stają się trochę tacy bardziej ludzcy i prawdziwi…

Playlistę znajdziecie tutaj:

Osobno o literówkach

Są, były i będą. Literówki, pomyłki, przekręcenia, błędy interpunkcyjne, powtórzenia. Autorzy z prawdziwego zdarzenia mają edytorów, korektorów i wszelkich innych sprawdzaczy tekstu. Ja mam tylko parę oczu i bardzo mało cierpliwości do korekt.

Przepraszam więc za wszelkie niedoróbki i proszę: śmiejcie się z nich tak, jak ja 🙂

To nie jest post o depresji

_DSC5826

I. Z depresji

To nie jest post o depresji. Ani o tym, jak to w magiczny sposób z depresji zrodziła się ta drobna rzecz. Jeśli już, to mogłabym napisać o tym, co NIE zrodziło się z depresji – tysiące porzuconych planów, rozpoczętych i nigdy nieukończonych ambitnych projektów.

Jedno źródło przedstawionej wam historii bije jednak w smutku, z którym zmaga się przecież tak wielu. Częścią mojego osobistego przeżywania tej choroby było przekonanie, że nigdy nie zdołam nic doprowadzić do końca. Nie miałam siły, energii, talentu i warsztatu, żeby zrealizować swoje pomysły. Aż pewnego dnia pewna przyjazna dusza podszepnęła mi: nie od razu Rzym zbudowano. Naucz się chodzić, zanim spróbujesz biegać. Porzuć to, co cię przerasta, zwyczajnie się rozpisz. Spraw, żeby pisanie stało się twoim hobby, a nie udręką. I tak oto “Pies” i “Kot” narodził się z depresji.

II. Z uwielbienia dla wszelkich romansideł i czytadeł

 One zawsze podnosiły mnie na duchu w ciężkich chwilach. Wiedziałam, że mogę liczyć na cukierkowe zakończenie, których w życiu tak mało.

III. Z dawno zasłyszanej opinii, że młodzi twórcy są pesymistyczni

I mojej chęci przeciwstawienia się temu trendowi. W kąt sceptycyzm, cynizm i młodzieńcza gnuśność, na przód wiara, afirmacja i pokrzepienie.

IV. Z parodii

Może właśnie głównie z niej? W setkach przeczytanych powieści powiela się ten sam schemat: główny bohater/bohaterka przypadkowo zjawia się w miejscu, w którym nie spodziewał/nie spodziewała się być i stopniowo zdaje sobie sprawę, że to tu jest jego/jej przystań, tu odnajdzie szczęście. A co, jeśli ktoś już jest w magicznym, dobrym miejscu, otoczony miłością, pochłonięty satysfakcjonującą pracą? Jak zdobyć się na odwagę, żeby zrezygnować z tego, co dobre i podjąć wyzwanie, które może nie przynieść spodziewanych rezultatów? Zamiast powieści o odnajdywaniu domu, chciałam zacząć pisać o jego porzuceniu.

Z czasem jednak stała się dziwna rzecz: moi bohaterowie zaczęli mieć swoje charaktery, ulubioną literaturę, muzykę i potrawy, swoje zwyczaje i wady, swoje humory i wewnętrzne traumy. Ich historia zaczęła tworzyć się niezależnie od moich założeń. Musiałam ją skończyć w taki, a nie inny sposób. Wiesz, że nie jest dobrze, gdy z poczucia winy dla fikcjonalnych charakterów, które stworzyłaś, spędzasz wolne chwile przed komputerem, próbując dać im należny ostatni rozdział.

V. Z obawy, że zapomnę języka polskiego

Jak część z Was wie, mieszkam w Wielkiej Brytanii, a mój (jeszcze) narzeczony jest Anglikiem. Na co dzień używam niewiele polskiego. Zaczęłam łapać się na tym, że brakuje mi polskich słów na określenie zdarzeń i rzeczy, a na ich miejsce zakradają się angielskie odpowiedniki. Zaczęłam czytać więcej po polsku niż po angielsku, ale to nie przynosiło rezultatów. Zwyczajnie, tęskniłam za polszczyzną.

VI. I ponownie z depresji

Tylko tej przeszłej, tej, która przychodziła i odchodziła przez lata, budując we mnie przekonanie o braku własnej wartości. Przez stany depresyjne trochę spraw ominęło mnie w życiu. Również młodzieńcze, naiwne, trochę zbyt jaskrawe próbki. Zwyczajnie, byłam ten temat winna dwudziestoletniej mnie samej.

VII. I z wielu innych spraw

… zrodziła się ta historyjka. Z mojego uwielbienia dla muzyki, z niespełnionych ambicji, wewnętrznych traum z przeszłości, z sympatii dla czworonogów, z sugestii, że brakuje nam czytadeł dla “młodych dorosłych”, że między cudowną zresztą “Jeżycjadą” a oceanem powieści o wdowach/rozwódkach/samotnych matkach/kobietach zaczynających wszystko od nowa jest jakby jakaś próżnia. A może po prostu ja nie trafiłam na nic takiego.

Zapraszam. To nic wielkiego, zwyczajne hobby, ale też tryumf nad zmorą własnej słabości. Autorzy zazwyczaj nie muszą tłumaczyć się ze swoich płodów. Ja mam to szczęście, że nie jestem autorką; lubię sobie tylko popisać.

 

Post na powitanie

Blog od zawsze mnie przerastał. Pisanie w przestrzeń sprawia na mnie wrażenie mówienia do siebie samego na głos. Kiedy ktoś niespodziewanie przyłapie nas na tym procederze, patrzy na nas z ukosa i kręci głową… Jest jednak kilka kwestii, na które chciałabym rzucić trochę światła. Naturalnie, zrobię to, jak tylko uporam się z doprowadzeniem funkcjonalności tej strony do porządku. Agnieszka w Internecie to trochę takie zagubione dziecko we mgle, które po omacku negocjuje sobie drogę metodą prób, które zazwyczaj okazują się błędami.

Krótko i treściwie zatem: opcjonalne słowo wstępne dla “Psa” i “Kota” powinno się pojawić w tej przestrzeni, gdy tylko udostępnię oba teksty. Do tego czasu, adieu. A może powinnam powiedzieć sjáumst…?