Blog

Nowoczne nie-postanowienia

 

Resist impulses to label yourself with descriptions that limit you in any way. Statements such as, “I’m not good at”, or “I’ve never been interested in…” only serve to strengthen your self-image of limitation. You can be good at and enjoy anything if you decide to.

Dr. Wayne Dyer

 

DSC_2881.jpg

 

Macie też tak, że uprzytomniacie sobie zbliżający się koniec roku i myślicie, że minął, nie wiadomo, kiedy, trzask-prask i po krzyku. A taki miał być długi i produktywny, gdzie się podział ten cały obiecany czas? Nic nie zdążyliśmy, nie zrealizowaliśmy. Ja mam tak co roku, dlatego próbuję spojrzeć wstecz na minione 365 dni deczko mniej holistycznie… bardziej cząstkowo?

W mijającym roku powstała strona autorska na Facebooku. To pierwsza ważna rzecz. Kolejny kawałek Internetu, który wpadł Pod Okładkę. Nie oszukujmy się, nie jestem typem blogerki. Nie mam ani potrzebnej dyscypliny, ani umiejętności naturalnego uzewnętrzniania się. Nie zakładałam tej strony z myślą o zasypywaniu nieszczęśników, którzy ją śledzą, natchnionymi cytatami z wysokich lotów literatury ani własnymi przemyśleniami. Nawet jeśli jakieś mądre pytanie albo rozważanie wpada mi do głowy, zazwyczaj macham mentalną łapką. Pfft, kto by mnie chciał słuchać, pewnie i tak nic nowego nie wymyśliłam, czego by wszyscy dookoła nie wiedzieli. Trzeba jednak przyznać, że od początku strona ta była skutecznym narzędziem ułatwiającym kontakt, a może także stykającym Pod Okładkę z osobami, do których inaczej nie mogłaby dotrzeć.

Drugi kamień milowy – skończenie pracy nad „Przędzą Snów”. Co mi kłopotu narobiła ta książka! Ogólnie rzecz ujmując chodziło o projekt okładki, który okazał się być źle wymierzony. Przeprojektowanie zajęło też troszkę czasu, a i tak wkradł się chochlik spowodowany pośpiechem 😉 No i zaskórniki trzeba było wyszarpnąć na powtórny wydruk. A i słyszę, że do niektórych osób zabłądziła w pokrętnych korytarzach pocztowych. Choć spóźniona, jest wreszcie, a niedociągnięcia pocztowe także przemogę. To doświadczenie było z pewnością dobrą lekcją od strony technicznej – wiemy już (ja i okładkowy tworzyciel) na przyszłość, jak dokładnie sprawdzić projekt graficzny.

Nauczyłam się trochę, jeśli chodzi o te sprawy „materialne” i namacalne, ale moje hobby, którego fizycznym przejawem jest cała PodOkładkowa machina, to jeszcze inna sfera. To swoisty kurs samej siebie. Czego się tu uczę? Cierpliwości. Dyscypliny. Zorganizowania własnego toku myśli. Samozaparcia. Pisanie, jakiekolwiek, czegokolwiek – zbliża mnie do siebie samej. Zupełnie jakbym na co dzień była jakąś satelitarną wersją mnie, krążącą wokół tej właściwej wersji mnie na cienkiej nitce. Pisanie pomaga mi się skupić na tyle, by zassać się we własną formę. To chyba najpiękniejszy efekt wszystkich naszych pasji. Przychodzimy do naszej sztalugi, naszego kajetu, pielęgnowanego ogródka, aparatu, pudełka puzzli, sprzętu sportowego ze świata, w którym panuje hałas, pośpiech, nacisk, który być może wzbudza w nas poczucie nieadekwatności, frustrację, przytłacza, może dusi, a może sprawia wrażenie, jakby nie było w nim miejsca dla nas. Pasja to szczelne drzwi, które odgradzają od tych negatywnych odczuć, za którymi możemy wziąć oddech i się zregenerować, nabrać sił, otrząsnąć się z odrętwienia, odzyskać energię. Tu możemy poczuć, że nasze życie nie toczy się bezwładnie i jałowo, mamy dla siebie jakiś margines wyboru, inicjatywy, siłę sprawczą.

Może to dużo, może mało? Czasem zżymam się, że tak niewiele mam czasu na realizowanie idei Pod Okładki i prztykanie w klawiaturę, że jestem zmęczona, że są dni, kiedy nie mogę się skupić. To osobny rodzaj życiowej frustracji, który też uczę się kontrolować, a także organizować się z pisaniem w szczelinach dni codziennych, pracy zawodowej i życia osobistego. Największym zjadaczem w prywatnym wymiarze czasu okazała się w tym roku organizacja ślubu i wesela, podwójnie trudna, bo międzynarodowa. Tu ujawnił się chyba stres, a ja odkryłam, że jest on zabójczo skuteczną blokadą twórczą. Kolejne doświadczenie i lekcja.

Czasami zazdroszczę mojemu – teraz już szczęśliwe – mężowi. Jego hobby, fotografia, cechuje prawie natychmiastowa gratyfikacja. Oczywiście, wiem, ile pracy wkłada w to, żeby jego zdjęcia wychodziły dobre i coraz lepsze, ale w porównaniu do pisania, fotografowanie jest Usainem Boltem pośród różnorakich hobby. Odpowiednie narzędzia i warunki trzeba złożyć w całość, owszem, ale potem tylko pstryknięcie fotki, obróbka i leci sobie na Instagram, albo witrynę internetową. Przy pisaniu na to poczucie satysfakcji – jeśli w ogóle wystąpi! – trzeba czekać bardzo długo, a i kiedy przychodzi, to błysk trwa krótko. Czasem człowiek właściwie nie dowierza, że jakiś koniec danego projektu w ogóle będzie! Ginie gdzieś za horyzontem, zakopany pod stertą notatek i odrzuconych paragrafów. Nie są w moim stylu deadline’y ani plany pisania, ani schematy, ani nawet zakładanie, że oto odtąd popełnię tyle a tyle godzin pisania w tygodniu, miesiącu… Ale jeśli uda mi się w tym roku skończyć pisać pierwszy tom trylogii „Dalekie Echa”, to będę szczęśliwa, a najlepiej, jeśli da się jeszcze ruszyć z produkcją. Mam niezachwiany zamiar dołożyć jedno czytanie do procesu sprawdzania (jak na razie kończyłam na drugim), bo choć wydłuża to cały proces, to może uda się uniknąć niektórych błędów. Miło byłoby mieć korektora i edytora, ale to życzenie na za pięć, dziesięć lat 😉 Mam też ambitny plan wcielenia w życie drugiego, mniejszego, pobocznego projektu, o którym na razie cicho-sza, powiem tylko, że to będzie coś z innej bibliotecznej półki. I jeszcze jeden, już niepisarski projekt, to plan na wydrukowanie markowych zakładek, które będę mogła wetknąć między strony każdemu, kto zechce przyjąć moje wydrukowane książki w prezencie. Cóż, od biedy można to nazwać moimi noworocznymi postanowieniami.

Wszelkie podsumowania nie obejdą się bez podziękowań. Nie sposób wymienić wszystkich życiowych dobroczyńców i posłać każdemu z osobna cudownych noworocznych życzeń. Już wy wiecie, kim jesteście! Mam nadzieję, że w Nowym Roku karma będzie miała wzgląd na dobroć serc Waszych. Szczególnie jednak chciałabym podziękować mojemu Mężowi, za projektowanie okładek, błędnych i nie błędnych i za nieskończone pokłady tolerancji dla mojego czasochłonnego hobby. Beci Wachowiak za wsparcie moralne w okresie weselnym, a także Justysi Stacherze i Bernadce Padykule za serdeczność, przyjaźń i poświęcenie. Poczytuję to sobie za zaszczyt, że mimo chorobliwego introwertyzmu gdzieś tam w świecie są osoby, które mogę nazwać przyjaciółmi. A na koniec również Basi Biegun, która ma czas być pracującą mamą i na dodatek czytać moje opowieści… a także za sponsoring. Nawet niewielkie finansowe wsparcie pomaga w utrzymaniu strony internetowej, opłaceniu kosztów wydruku, czy chociażby przesłania komuś książki.

Nie jest to wszystko jakimś ostatecznym rozrachunkiem. Właściwie nie należę do osób robiących długaśne epistoły z postanowieniami noworocznymi i rewolucjonizującymi swoje życie z dniem pierwszego stycznia. Wszelkie przewartościowania lubię robić na bieżąco. Nadarzyła się jednak okazja, a atmosfera sprzyja zastanawianiu się nad tym co jest, a czego nie ma, spojrzeniu w siebie trochę głębiej i uznaniu pewnych przemian, a może też odkurzeniu starych nadziei i ponownym uświadomieniu tych wartości, które pchnęły mnie na taką a nie inną drogę… Tak też zmotywowałam się, żeby naskrobać na koniec roku parę słów.

Noworoczne życzenia, w aspekcie pisania, sprowadzają się tylko do pokornej nadziei na trochę więcej wolnego czasu. Może też trochę do tego, żeby nie tracić z oczu nadrzędnego celu, który mną motywował na samym początku: przyjemności ze snucia opowieści. Ja po prostu lubię historie, te ludzkie i mniej ludzkie, mądre i mniej mądre, ciekawe, ekscytujące, pozytywne, zabawne, ironiczne, pouczające… Wszystkie! Takiego właśnie pisania od serca chcę się na nowo uczyć, bez presji, bez ulegania hałasom napływającym z zewnątrz. Może przy okazji skolekcjonuję kilka nowych cytatów, przeczytam kilka dobrych i mnóstwo średnich (czyli moich ulubionych) książek.

Rok przyszedł i poszedł i kończy się, jak zwykle, mało spektakularnie. Jak to Myśliwski napisał, „Niebo się nie zmieniło, ziemia się nie zmieniła, ciągnie żywicą od tajgi”. Normalne, zwyczajne, codzienne życie, krok po kroku, strona po stronie. Oby go jak najwięcej.

 

 

 

 

 

 

 

Playlista i ploteczki z zaplecza ;)

Dla ucha i ducha

Być może niektórzy z Was przebrnęli przez ebookową wersję “Przędzy Snów” i wiedzą, że jeden z bohaterów powieści, Adam Szechyński, jest wielkim miłośnikiem muzyki, a jego mama, Józefina – wiolonczelistką. Słuchanie muzyki jest dla naszego dzielnego wetrynarza zwierząt dzikich przeżyciem katarktycznym, pomaga mu poradzić sobie z kłębowiskiem nieokreślonych emocji, nazwać je i uporządkować . Jak to mówią “You write what you know” – piszesz o tym, co znasz z autopsji 😉 Trudno się dziwić, że tak często tworzę melomanów, skoro dla mnie samej to tak skuteczne narzędzie i medium. Ponieważ w “Przędzy…” jest to tylko poboczny szczegół, który pomaga nakreślić charakter bohatera, nie zdecydowałam się na kontynuację tradycji referowania do poszczególnych utworów w książce. Co nie znaczy, że tych odniesień nie ma. Dla zainteresowanych poniżej zestawienie wszystkich piosenek, które inspirowały mnie (i Adama) w ciągu miesięcy pracy nad “Przędzą Snów”. Spotify jest darmową aplikacją, o ile zgodzimy się na wyświetlanie reklam 😉 Ciekawe, czy odnajdziecie odniesienia z książki!

Playlista Adama Szechyńskiego z “Przędzy Snów”

Z frontu drukarskiego następujące wieści:

Wszystko zmierza do dobrego rozwiązania. Powstał nowy projekt okładki, który – miejmy nadzieję – wydrukuje się bez błędów. Istniała obawa, że ze względów ekonomicznych będę musiała zmniejszyć liczbę kopii, ale na szczęście wydawnictwo przedstawiło nam korzystną ofertę, więc “Przędza Snów” w formie papierowej trafi w ręce aż dwudziestu osób, na czele z tymi, którzy już przed premierą wygrali swoje kopie. Pamiętam o Was 🙂

Pliki zostały przekazane wydawcy, czekamy na przejście zapłaty i produkcja ruszy z kopyta.

A na froncie twórczym…

W międzyczasie przebrnęłam przez dziesiątki stron notatek do następnej książki. Zdradzę, że posypało się już kilka kartek maszynopisu. Ta powieść zamknie “Trylogię Podkarpacką” – jak w myślach nazywam ten cykl. Osobno tytułowanych częsci będzie trzy, a roboczy tytuł całości to… “Dalekie Echa”. Tak, to kolejne odniesienie muzyczne. Wiecie, skąd zaczerpnięte?

 

 

Darujcie wielokropki

Gdzież indziej niż na blogu wyłuszczyć techniczne niuanse ‘klecenia’ książki, co do których istnienia niewiele osób zdaje sobie sprawę.

“Przędza Snów” miała trafić do druku trochę wcześniej, ale zdecydowałam dać jej jeszcze jedno czytanie. Moją zmorą jest nadmierne stawianie wielokropków. Nigdy nie wstawię jednej kropki, kiedy mogę wstawić trzy. I przecinki! Prześladują mnie przecinki i poprawnej interpunkcji będę się uczyć przez całe życie. Chciałam oczyścić trochę manuskrypt z tych niedociągnięć. Na pewno zostało ich wiele. Gdybym przeczytała tekst sto razy, pewnie ciągle coś bym zmianiała, wyłapywała i wygładzała. Trudno samej wykonać pracę, którą w normalnych warunkach wykonuje tuzin ludzi. Kiedyś jednak musi ruszyć do druku.

Ta historia może być nieco “nierówna”. Pierwsza część powstała przeszło dwa lata temu i przeleżała na dysku, kurząc się drobinkami megabajtów i megabitów. Odciągnęły mnie od niej inne sprawy. Po zakończeniu pracy nad “Co ugotować dla zmyślonego psa?” i “Jak nie dostać kota?” tak naprawdę chciałam przejść do pisania kolejnej historii, ale usłyszałam wołanie mojego moralnego głosu. Skoro powołałam do życia bohaterów, winna im byłam jakieś zakończenie. Dlatego być może przez początek tej historii nieco trudniej się przegryźć, być może ma inną “aurę”, być może jest niedojrzały.

Inne nierówności wynikają z trybu mojej pracy. Piszę właściwie tylko w dni wolne od pracy, a jeśli jest to tylko pojedyncza “dniówka”, to niewiele udaje mi się zdziałać. Czekam na te “podwójne”, kiedy mogę naprawdę przysiąść. To pisanie przeskokami, to pisanie w rzadkich (niestety) wybuchach. Trudno przy takim sposobie zapanować do końca nad historią. Wkradają się nieścisłości, wynikające z długich przerw między pisaniem ustępów i ograniczeń mojej pamięci. Staram się, jak mogę, żeby realia świata, topografia i chronologia nie powypadały poza okładki.

Jeśli, interesują się tylko sprawy technicznie, możesz przerwać teraz swobodnie czytanie. A w nagrodę za subskrybowanie bloga możesz podziwiać okładkę, zanim cała społeczność na Facebooku ją ujrzy.

Jeśli zaś nie nużą Cię osobiste wynurzenia, możesz kontynuować. Streszczę się, obiecuję.

Drugie czytanie “Przędzy” przypadło na ciężki okres. Okazało się, że nasz lokal na wesele został zarezerwowany podwójnie, przez co musieliśmy szukać alternatywnej sali. Po chwilowym załamaniu przyszło mi do głowy, żeby popchnąć tekst do druku po jednym czytaniu. Sprawy osobiste skłębiły się i nabrały sporej intensywności, więc nie wiedziałam, czy znajdę czas. Pomyślałam jednak, że skoro posyłam to moje literackie dziecko, mam pewne zobowiązanie do zadbania o to, by się ładnie prezentowało. Stąd w wirze załatwiania sali, telefonów, wizyt, przerezerwowywania pozostałych usług i przygotowań przysiadłam jeszcze raz do czytania.

Nie spodziewałam się, że to właśnie czytanie tekstu pomoże poradzić sobie z nawałem zajęć, który dla osoby podatnej na stres i dręczonej przez stany lękowe (głównie związane z wykonywaniem telefonów), jaką jestem, może być przytłaczający.

Pisanie mi pomaga. We wszystkim. W codziennym życiu, w kontaktach z ludźmi. Jest jak terapia, medytacja, catharsis. Sprawia, że umiem sobie poradzić, po wielu latach życia w przekonaniu, że tak nie jest.

To tyle sentymentów.

P.S. A wesele i tak się odbędzie!

37789565_10156566844780148_3569688177453039616_n

 

 

 

 

“Przędza snów” – zapowiedź

Z przyjemnością przedstawiam pierwszą zapowiedź najnowszej powieści.

Przędza snów

Plany i nadzieje dwudziestojednoletniej Rozalii Neledewskiej stawia pod znakiem zapytania nieprzewidziana komplikacja. W trudnych okolicznościach ujawnia się rodzinny dar, przekazywany z pokolenia na pokolenie w długiej linii sennych prządek. Ze strzępów i fragmentów wyłowionych ze snów swoich bliskich młoda dziewczyna na skraju transformacji w dojrzałą kobietę próbuje odtworzyć owianą tajemnicą historię rodzinną, która zaważyła na jej życiu. Nowoodkryta zdolność wydaje się w równym stopniu błogosławieństwem co przekleństwem. Zagłębianie się w mroczną sferę ludzkich snów wywołuje poczucie zagrożenia, gdy Rozalia w rekonstrukcji wydarzeń sprzed dwudziestu dwóch lat dostrzega podobieństwo własnej sytuacji. Zdarzenia zwielokrotniają się jak echa wędrujące po dzikiej i mrocznej Puszczy Bukowieckiej, w której cieniu żyje. Rozumie, że tylko akceptując odmienność jako część swojej tożsamości uda jej się wyrwać z pętli zdarzeń i uniknąć losu matki, która popadła w szaleństwo i targnęła się na własne życie.

Tylko czy naprawdę tak było?

Weterynarz dzikich zwierząt Adam Szechyński boryka się z ciężarem własnej traumy. Rozczarowany i wypalony, porzuca karierę naukową i wyjeżdża w jeden z najbardziej odludnych zakątków Podkarpacia. Chce doznać kojącego działania niezmienionej przyrody i zapomnieć się w misji niesienia pomocy zranionym zwierzętom. Podczas życiowych przemian towarzyszy mu powracający jak niespokojna fala sen, którym obdarowała go przed laty prządka snów. Przyrodnik postanawia podążyć drogą, którą wskazuje mu krucha nić sennej wizji, w nadziei, że to pomoże mu zrzucić balast bolesnych doświadczeń i żałoby.

W bukowieckiej dziczy w odwiecznym porządku spraw przeplatają się życie i śmierć, starość i młodość, piękno i okrucieństwo, światło i cień. Z serca lasu wypływają cenne lekcje. Bohaterowie podejmują próbę wsłuchania się w prawdy, jakie niesie ze sobą pieśń pradawnej puszczy, by stawić czoło prawdom, o których szepcą ich własne serca.

 

DSC_4028

Pan Okładkowy

23674721_152138675535429_5514606760722214257_o

Przy hobbystycznych produkcjach o budżet trudno. Kiedy więc przychodzi pora na projekt i design, rozglądamy się za dobrą duszą, która z czystej dobroci serca użyczy swego talentu i znajomości programów graficznych. I tak oto Pan Fotograf stał się Panem Okładkowym. To jego debiut w tej branży.

Pan Okładkowy na co dzień lubi sobie pstryknąć fotkę tu i tam. Jego rytuałem w dni wolne jest wstawanie o czwartej nad ranem, by pociągiem udać się w nieznane (lub znane), bo a nuż będzie fotogeniczny wschód słońca. Lubi, biedaczek, przyrodę. Moknięcie w Parku Richmond po to, by uchwycić w obiektywie ryczącego jelenia, to tylko przykład jego poświęcenia. Tak, zazwyczaj moknę razem z nim. Z licznych wycieczek w rodzinne strony swojej drugiej połowy także przywozi fotograficzne suweniry.

Okładkowy publikuje w Internecie dokumentacje swoich przygód z obiektywem. Niektórzy z czytających znają go pod innym nazwiskiem, stąd poniższy link wyda się im nieco tajemniczy. Nie obawiajcie się. To wciąż on, ten sam.

Zajrzyj, obejrzyj, zalajkuj, podziel się. Niech ma Okładkowy jakąś zapłatę za swoje projektowe trudy.

https://www.facebook.com/DanielFarringtonPhotography/