Półmetek!

20190708_161448_HDR[1]

Półmetek zakrada się zazwyczaj zdradziecko. Po cichutku. Pomalutku. Patrzę: a tu jest.

No, w zasadzie nie mogę ze stuprocentową pewnością tego stwierdzić. Początkowo założyłam, że pierwszy tom (leniwie, ale jednak) nadchodzącej trylogii będzie miał stron „do sześciuset”, a tu właśnie „pyknęło” 296. Format, który założyłam, to tak zwane „royal bound”, więc w tradycyjnym formacie B byłoby tych stron jeszcze więcej! Więc jestem – mniej więcej – w połowie, a nawet jeśli nie, to tu, gdzie się znajdujemy (ja i „Lustro babci Wirydiany”) jest miejsce dobre jak każde inne na cząstkowe ewaluacje.

O ile z początku pisanie było dla mnie czynnością terapeutyczną, to ostatnimi czasy zaczęłam traktować je bardziej w kategoriach doświadczenia terapeutyczno-warsztatowego, przeprowadzonego na zasadzie tak zwanego „omacka”: co działa, a co nie działa i… jak to wszystko działa w pisaniu? W pewnym sensie jest to też forma medytacji, prowadząca do bliższego poznania własnego charakteru – przynajmniej charakteru jako osoby piszącej, chociaż to w sumie to samo, jeśli przyjąć potrzebę pisania za część własnej tożsamości.

I tak na przykład wiem już, że pierwsza połowa rodzi się w większych bólach niż druga. Wiadomo, że jakoś tam planuje się „naprzód”, i nikt nie zaczyna pisać z tą myślą, że nigdy nie skończy. Przy czym ten „początek” przypomina mi coś w rodzaju rozrzucenia wielkiego stosu różnokolorowych nitek. Jest obezwładniający, wpędza we frustrację podobną Kopciuszkowej – bo to taki bałagan, wszystko ze wszystkim i jak to wszystko uporządkować…? Ale po przekroczeniu pewnej magicznej, nienamacalnej, niewyczuwalnej bariery nitki zaczynają się zawiązywać – czerwona do czerwonej, zielona do zielonej, niebieska do niebieskiej… I to już jest łatwiejsze. Wpada się w pewien rytm splatania wątków (czasem nawet „piszą się same”) i wtedy ta – używam tego słowa luśno – praca robi się znacznie przyjemniejsza.

Jak już powiedziałam, traktuję pisanie obecnych książek jako coś w rodzaju szlifowania warsztatu. Nie miałam co prawda programowych założeń, nie wypisałam sobie listy celów, bo jednak nie jest to tylko „systematyczna” nauka. Wciąż polegam mocno na intuicji i realizuję pewne pomysły i rozwiązania narracyjne na bieżąco.

ALE. Gdybym miała streścić najważniejsze wyzwania „Dalekich Ech”, to przede wszystkim to, że zaplanowałam je jako dość obszerną trylogię.

Nie lubię książek krótkich. Czytać i pisać. Nie i już. Czytałam wiele tak zwanych „chick flicków”, które opierały się na świetnym pomyśle, ale ich realizacja pozostawiała spory niedosyt – ten złego typu. Budowanie świata potraktowane po macoszemu, mnóstwo dialogu, mało nastroju. Pośpiech. Rozumiem, naprawdę rozumiem – ludzie nie mają czasu na czytanie, chcą „połknąć” coś na szybko, taką „wakacyjną lekturę” czy tam książkę do poczytania, jak już dzieci WRESZCIE pójdą spać… A jednak trudno mi pójść na kompromis, zwłaszcza w przypadku tej książki, której ciężarem chyba nie jest jakaś obiektywnie wynikająca z wydarzeń akcja, ale wewnętrzne konflikty postaci i proces ścierania się ze sobą charakterów. Sam świat „Dalekich Ech” jest – tak mi się przynajmniej wydaje, chociaż może mam złe poczucie perspektywy – ogromny. I to jest niezależne ode mnie. Widzę go tak, jak go widzę – nie mam na to wpływu. Natomiast bardzo chciałabym budować go w trakcie trwania całej powieści. Nie chcę spędzić całego pierwszego tomu tylko na opisie miejsc i nastrojów oraz sugerowaniu przeszłych wydarzeń – bardzo chciałabym, by to „budowanie” trwało od początku do końca, żeby nie wydawało się suche i kliniczne, żeby było częścią wydarzeń i przeżyć bohaterów.

Ta „trylogiczność” wpłynęła nieco na proces powstawania „Lustra Babci Wirydiany”. Mam jednak w głowie to, że jestem dopiero w połowie pierwszej części. Mogłabym, co prawda, napisać wszystkie trzy i dopiero wtedy je upublicznić… Ale to LATA (w założeniu, nie więcej niż trzy 😉) pracy. Więc chociaż drugą połowę pierwszego tomu łatwiej się pisze, to mam jednak świadomość, że po jej zakończeniu historia toczy się dalej. Co się już wydrukuje, tego nie będę mogła pozmieniać, odwołać, usunąć… Czyli coś tak jak w życiu. Jak się już wydarzyło, to się wydarzyło i basta. Chcę też, żeby wszystkie trzy tomy były spójną całością, żeby czytały się jak jedna historia, dlatego już w tomie pierwszym muszę zasiać ziarna tomów kolejnych. I to jest trudna praca. Coś jak zasiewanie w ogrodzie – mnóstwo posadzonych pięknych kwiatów, które zaczynają w pewnym momencie kwitnąć tak bujnie, że nie da się nad nimi zapanować. (Nota bene, to właśnie główna przyczyna moich pisarskich „przestojów” – przerażenie ogromem czekające pracy. Nieco umiem to opanować kiedy skupię się na pisaniu tej konkretnej sceny, którą mam na tapecie.)

Drugim ważnym wziętym na warsztat elementem jest styl narracji. W „Dalekich Echach”, jak już do was trafią, znajdziecie trzy osobne style narracyjne – a to już dużo. Dlatego zrezygnowałam z obecnej w „Miziajce” i dość ważnej dla kulminacyjnych scen „Prządki” podwójnej perspektywy. „Dalekie Echa” – a przynajmniej ich pierwszy tom, zostanie opowiedziany z punktu widzenia jednej bohaterki – przynajmniej jeśli chodzi o wydarzenia w czasie rzeczywistym – ale znajdą się tam również wplecione dwie inne techniki narracyjne.

Po trzecie wreszcie, jak w poprzednich dwóch książkach, próbuję i tu wyważyć te dwie składowe świata, które są ważne dla typu powieści, nad którymi obecnie pracuję. Z jednej strony mamy „dzianie się”, fabułę, akcję, wydarzenia, które popychają powieść do przodu, a z drugiej strony wspomniane zderzenia charakterologiczne, które obiektywnie nie zmieniają niczego w świecie przedstawionym, ale zmieniają serca i umysły bohaterów. Wiem, że dla mnie to ostatnie jest kwintesencją tego typu prozy (nazwałabym ją „kobiecą”, ale nie chcę być oskarżona o seksizm), z drugiej strony powieści pozbawione akcji durzą się i nie przykuwają uwagi. W „Dalekich Echach” jest właśnie chyba mniej akcji, więcej interakcji. Ciekawie będzie zobaczyć, jak to wszystko zadziała. Niestety, przekonać się o tym można dopiero po skończeniu pracy, bo w tracie jakoś ciężko to dostrzec.

Książki, niestety, piszą się same. Słowo daję.

Może to niewiele założeń jak na powieść, mającą w założeniu 1800 stron manuskryptowych. Jedno, czego z pewnością dowiedziałam się po moich pierwszych skończonych historiach to to, że pisanie dzieje się powoli. Poprawa warsztatu dzieje się powoli. To pasja, której rezultaty widać po latach – przynajmniej dla mnie. Owszem, są pisarze o ogromnych talentach, którzy debiutują fantastycznymi powieściami. Patrick Rothfuss, który również się z pisaniem nie spieszy, przekazał w wywiadzie to, co powiedział mu kiedyś ojciec: jeśli masz coś zrobić (to jest napisać książkę), zrób dobrą robotę od samego początku. Ja sama nie wiem, czy mam jakikolwiek naturalny talent. Lubię pisać. Pomaga mi to – nie tylko w zwalczaniu depresji, ale też w odegnaniu poczucia samotności, czasem bardzo dojmującego, gdy się żyje, jak ja, w obcym kraju. Nie wiem, czy pisania da się nauczyć. Mimo wszystko próbuję. Wyszłam z całkowicie innego założenia: z „uczenia się” pisania zrobiłam proces zupełnie transparentny, obnażony. Eksperyment, który po latach będę mogła podsumować. Od czego zaczęłam i gdzie skończę… Może coś, co z początku szło mi nieudolnie, będę mogła poprawić? Jak wiele czasu trzeba spędzić przed klawiaturą, żeby proces twórczy stał się „płynny”. Czy da się wypracować jakieś techniki radzenia sobie z trudnościami na drodze opowiadacza historii?

Oczywiście, na „Dalekich Echach” nie skończą się moje próby, choć pewnie trylogia pochłonie sporo czasu i sił (ach gdybym tylko wygrała w totka i mogła pisać całymi dniami!). Mam sporo pomysłów, niektóre trzymam specjalnie aż nadejdzie czas, gdy uznam, że mój warsztat do nich dorósł. Moje plany „warsztatowe” do powieści dla dorosłych sprowadzają się do kilku ogólnych założeń. Chciałabym w przyszłych, na przykład, popracować nad obrazowaniem i szukaniem oryginalnych, niebanalnych sposobów opisu. Potem skupić się na uwiarygodnieniu przedstawionego świata, ale nie do tego stopnia, by wyzbyć go z powieściowej „magiczności” i „wyjątkowości”, bo przede wszystkim ja sama traktuję książki jako portale do świata, gdzie rzeczy dzieją się trochę inaczej, gdzie trochę więcej jest możliwe, gdzie bohaterowie są „wolniejsi” i mniej ograniczeni niż ja. Tak lubię, tak mam. Chciałabym też nauczyć się tworzyć lepsze, przejrzystsze plany fabuły. Jak dotąd powstawały one na bieżąco. Zakończenie „Prządki” przyszło do mnie, gdy byłam w drugiej połowie powieści! I choć „Lustro babci Wirydiany” ma dość szczegółowy plan, to pozostałe dwa tomy jak na razie poza ogólnymi wydarzeniami są jeszcze rozmyte w mojej głowie. Dotyczy to również budowania ogólnie pojętej „przeszłości” przedstawionego świata – a w „Dalekich Echach” jest ona dość ważnym elementem. Jeśli chodzi o typ opowiadanych historii – moje książki podkarpackie trzymały się w założeniu opowiadania o dojrzewaniu, znajdowaniu własnego powołania, pierwszych uniesieniach, o tej kwitnącej, erupcyjnej fazie życia. Myślę, że fajnie byłoby w kolejnych książkach dotknąć trochę bardziej „dojrzałych” problemów i… dojrzałych uczuć. Chciałabym też spróbować czegoś lżejszego, utrzymanego w komediowym tonie (plan dwutomowej tego typu opowieści już się kurzy na dysku!).

Planowaną przygodową serię dla dzieci traktuję tu osobno. Mam nadzieję, że uda mi się jak stworzyć po trochu, równolegle z „Lustrem babci Wirydiany”. Muszę zabrać się za stworzenie pomocy wizualno-mnemonicznych, żeby jakoś opanować te dwa osobne światy. To trochę odstręczające zadanie, dość rzemieślnicze, a nie pomaga fakt, że artysta grafik ze mnie żaden.

Z rzeczy „niepisarskich” – chciałabym wkrótce w blogowym poście opowiedzieć o moich własnych książkach, które czytam – i dlaczego czytam takie a nie inne. Może ożywić jakoś moją Facebookową stronę – to dość trudne przy moim „fachu”, kiedy coś się naprawdę dzieje w porywach raz do roku, no i oczywiście wymaga cennego czasu.

Drobne rzeczy. Małe kroczki. Wszystko przyjdzie, teraz to wiem. Pisanie uczy cierpliwości – i wyrozumiałości wobec własnych niedociągnięć.

„Lustro Wirydiany”, o ile nic mi się nie przydarzy, będzie. Podobnie jak dwa pozostałe tomy „Dalekich Ech”. I kolejne książki…

Zaczęłam, dobrnęłam do połowy – i skończę.

Nowoczne nie-postanowienia

 

Resist impulses to label yourself with descriptions that limit you in any way. Statements such as, “I’m not good at”, or “I’ve never been interested in…” only serve to strengthen your self-image of limitation. You can be good at and enjoy anything if you decide to.

Dr. Wayne Dyer

 

DSC_2881.jpg

 

Macie też tak, że uprzytomniacie sobie zbliżający się koniec roku i myślicie, że minął, nie wiadomo, kiedy, trzask-prask i po krzyku. A taki miał być długi i produktywny, gdzie się podział ten cały obiecany czas? Nic nie zdążyliśmy, nie zrealizowaliśmy. Ja mam tak co roku, dlatego próbuję spojrzeć wstecz na minione 365 dni deczko mniej holistycznie… bardziej cząstkowo?

W mijającym roku powstała strona autorska na Facebooku. To pierwsza ważna rzecz. Kolejny kawałek Internetu, który wpadł Pod Okładkę. Nie oszukujmy się, nie jestem typem blogerki. Nie mam ani potrzebnej dyscypliny, ani umiejętności naturalnego uzewnętrzniania się. Nie zakładałam tej strony z myślą o zasypywaniu nieszczęśników, którzy ją śledzą, natchnionymi cytatami z wysokich lotów literatury ani własnymi przemyśleniami. Nawet jeśli jakieś mądre pytanie albo rozważanie wpada mi do głowy, zazwyczaj macham mentalną łapką. Pfft, kto by mnie chciał słuchać, pewnie i tak nic nowego nie wymyśliłam, czego by wszyscy dookoła nie wiedzieli. Trzeba jednak przyznać, że od początku strona ta była skutecznym narzędziem ułatwiającym kontakt, a może także stykającym Pod Okładkę z osobami, do których inaczej nie mogłaby dotrzeć.

Drugi kamień milowy – skończenie pracy nad „Przędzą Snów”. Co mi kłopotu narobiła ta książka! Ogólnie rzecz ujmując chodziło o projekt okładki, który okazał się być źle wymierzony. Przeprojektowanie zajęło też troszkę czasu, a i tak wkradł się chochlik spowodowany pośpiechem 😉 No i zaskórniki trzeba było wyszarpnąć na powtórny wydruk. A i słyszę, że do niektórych osób zabłądziła w pokrętnych korytarzach pocztowych. Choć spóźniona, jest wreszcie, a niedociągnięcia pocztowe także przemogę. To doświadczenie było z pewnością dobrą lekcją od strony technicznej – wiemy już (ja i okładkowy tworzyciel) na przyszłość, jak dokładnie sprawdzić projekt graficzny.

Nauczyłam się trochę, jeśli chodzi o te sprawy „materialne” i namacalne, ale moje hobby, którego fizycznym przejawem jest cała PodOkładkowa machina, to jeszcze inna sfera. To swoisty kurs samej siebie. Czego się tu uczę? Cierpliwości. Dyscypliny. Zorganizowania własnego toku myśli. Samozaparcia. Pisanie, jakiekolwiek, czegokolwiek – zbliża mnie do siebie samej. Zupełnie jakbym na co dzień była jakąś satelitarną wersją mnie, krążącą wokół tej właściwej wersji mnie na cienkiej nitce. Pisanie pomaga mi się skupić na tyle, by zassać się we własną formę. To chyba najpiękniejszy efekt wszystkich naszych pasji. Przychodzimy do naszej sztalugi, naszego kajetu, pielęgnowanego ogródka, aparatu, pudełka puzzli, sprzętu sportowego ze świata, w którym panuje hałas, pośpiech, nacisk, który być może wzbudza w nas poczucie nieadekwatności, frustrację, przytłacza, może dusi, a może sprawia wrażenie, jakby nie było w nim miejsca dla nas. Pasja to szczelne drzwi, które odgradzają od tych negatywnych odczuć, za którymi możemy wziąć oddech i się zregenerować, nabrać sił, otrząsnąć się z odrętwienia, odzyskać energię. Tu możemy poczuć, że nasze życie nie toczy się bezwładnie i jałowo, mamy dla siebie jakiś margines wyboru, inicjatywy, siłę sprawczą.

Może to dużo, może mało? Czasem zżymam się, że tak niewiele mam czasu na realizowanie idei Pod Okładki i prztykanie w klawiaturę, że jestem zmęczona, że są dni, kiedy nie mogę się skupić. To osobny rodzaj życiowej frustracji, który też uczę się kontrolować, a także organizować się z pisaniem w szczelinach dni codziennych, pracy zawodowej i życia osobistego. Największym zjadaczem w prywatnym wymiarze czasu okazała się w tym roku organizacja ślubu i wesela, podwójnie trudna, bo międzynarodowa. Tu ujawnił się chyba stres, a ja odkryłam, że jest on zabójczo skuteczną blokadą twórczą. Kolejne doświadczenie i lekcja.

Czasami zazdroszczę mojemu – teraz już szczęśliwe – mężowi. Jego hobby, fotografia, cechuje prawie natychmiastowa gratyfikacja. Oczywiście, wiem, ile pracy wkłada w to, żeby jego zdjęcia wychodziły dobre i coraz lepsze, ale w porównaniu do pisania, fotografowanie jest Usainem Boltem pośród różnorakich hobby. Odpowiednie narzędzia i warunki trzeba złożyć w całość, owszem, ale potem tylko pstryknięcie fotki, obróbka i leci sobie na Instagram, albo witrynę internetową. Przy pisaniu na to poczucie satysfakcji – jeśli w ogóle wystąpi! – trzeba czekać bardzo długo, a i kiedy przychodzi, to błysk trwa krótko. Czasem człowiek właściwie nie dowierza, że jakiś koniec danego projektu w ogóle będzie! Ginie gdzieś za horyzontem, zakopany pod stertą notatek i odrzuconych paragrafów. Nie są w moim stylu deadline’y ani plany pisania, ani schematy, ani nawet zakładanie, że oto odtąd popełnię tyle a tyle godzin pisania w tygodniu, miesiącu… Ale jeśli uda mi się w tym roku skończyć pisać pierwszy tom trylogii „Dalekie Echa”, to będę szczęśliwa, a najlepiej, jeśli da się jeszcze ruszyć z produkcją. Mam niezachwiany zamiar dołożyć jedno czytanie do procesu sprawdzania (jak na razie kończyłam na drugim), bo choć wydłuża to cały proces, to może uda się uniknąć niektórych błędów. Miło byłoby mieć korektora i edytora, ale to życzenie na za pięć, dziesięć lat 😉 Mam też ambitny plan wcielenia w życie drugiego, mniejszego, pobocznego projektu, o którym na razie cicho-sza, powiem tylko, że to będzie coś z innej bibliotecznej półki. I jeszcze jeden, już niepisarski projekt, to plan na wydrukowanie markowych zakładek, które będę mogła wetknąć między strony każdemu, kto zechce przyjąć moje wydrukowane książki w prezencie. Cóż, od biedy można to nazwać moimi noworocznymi postanowieniami.

Wszelkie podsumowania nie obejdą się bez podziękowań. Nie sposób wymienić wszystkich życiowych dobroczyńców i posłać każdemu z osobna cudownych noworocznych życzeń. Już wy wiecie, kim jesteście! Mam nadzieję, że w Nowym Roku karma będzie miała wzgląd na dobroć serc Waszych. Szczególnie jednak chciałabym podziękować mojemu Mężowi, za projektowanie okładek, błędnych i nie błędnych i za nieskończone pokłady tolerancji dla mojego czasochłonnego hobby. Beci Wachowiak za wsparcie moralne w okresie weselnym, a także Justysi Stacherze i Bernadce Padykule za serdeczność, przyjaźń i poświęcenie. Poczytuję to sobie za zaszczyt, że mimo chorobliwego introwertyzmu gdzieś tam w świecie są osoby, które mogę nazwać przyjaciółmi. A na koniec również Basi Biegun, która ma czas być pracującą mamą i na dodatek czytać moje opowieści… a także za sponsoring. Nawet niewielkie finansowe wsparcie pomaga w utrzymaniu strony internetowej, opłaceniu kosztów wydruku, czy chociażby przesłania komuś książki.

Nie jest to wszystko jakimś ostatecznym rozrachunkiem. Właściwie nie należę do osób robiących długaśne epistoły z postanowieniami noworocznymi i rewolucjonizującymi swoje życie z dniem pierwszego stycznia. Wszelkie przewartościowania lubię robić na bieżąco. Nadarzyła się jednak okazja, a atmosfera sprzyja zastanawianiu się nad tym co jest, a czego nie ma, spojrzeniu w siebie trochę głębiej i uznaniu pewnych przemian, a może też odkurzeniu starych nadziei i ponownym uświadomieniu tych wartości, które pchnęły mnie na taką a nie inną drogę… Tak też zmotywowałam się, żeby naskrobać na koniec roku parę słów.

Noworoczne życzenia, w aspekcie pisania, sprowadzają się tylko do pokornej nadziei na trochę więcej wolnego czasu. Może też trochę do tego, żeby nie tracić z oczu nadrzędnego celu, który mną motywował na samym początku: przyjemności ze snucia opowieści. Ja po prostu lubię historie, te ludzkie i mniej ludzkie, mądre i mniej mądre, ciekawe, ekscytujące, pozytywne, zabawne, ironiczne, pouczające… Wszystkie! Takiego właśnie pisania od serca chcę się na nowo uczyć, bez presji, bez ulegania hałasom napływającym z zewnątrz. Może przy okazji skolekcjonuję kilka nowych cytatów, przeczytam kilka dobrych i mnóstwo średnich (czyli moich ulubionych) książek.

Rok przyszedł i poszedł i kończy się, jak zwykle, mało spektakularnie. Jak to Myśliwski napisał, „Niebo się nie zmieniło, ziemia się nie zmieniła, ciągnie żywicą od tajgi”. Normalne, zwyczajne, codzienne życie, krok po kroku, strona po stronie. Oby go jak najwięcej.

 

 

 

 

 

 

 

Playlista i ploteczki z zaplecza ;)

Dla ucha i ducha

Być może niektórzy z Was przebrnęli przez ebookową wersję “Przędzy Snów” i wiedzą, że jeden z bohaterów powieści, Adam Szechyński, jest wielkim miłośnikiem muzyki, a jego mama, Józefina – wiolonczelistką. Słuchanie muzyki jest dla naszego dzielnego wetrynarza zwierząt dzikich przeżyciem katarktycznym, pomaga mu poradzić sobie z kłębowiskiem nieokreślonych emocji, nazwać je i uporządkować . Jak to mówią “You write what you know” – piszesz o tym, co znasz z autopsji 😉 Trudno się dziwić, że tak często tworzę melomanów, skoro dla mnie samej to tak skuteczne narzędzie i medium. Ponieważ w “Przędzy…” jest to tylko poboczny szczegół, który pomaga nakreślić charakter bohatera, nie zdecydowałam się na kontynuację tradycji referowania do poszczególnych utworów w książce. Co nie znaczy, że tych odniesień nie ma. Dla zainteresowanych poniżej zestawienie wszystkich piosenek, które inspirowały mnie (i Adama) w ciągu miesięcy pracy nad “Przędzą Snów”. Spotify jest darmową aplikacją, o ile zgodzimy się na wyświetlanie reklam 😉 Ciekawe, czy odnajdziecie odniesienia z książki!

Playlista Adama Szechyńskiego z “Przędzy Snów”

Z frontu drukarskiego następujące wieści:

Wszystko zmierza do dobrego rozwiązania. Powstał nowy projekt okładki, który – miejmy nadzieję – wydrukuje się bez błędów. Istniała obawa, że ze względów ekonomicznych będę musiała zmniejszyć liczbę kopii, ale na szczęście wydawnictwo przedstawiło nam korzystną ofertę, więc “Przędza Snów” w formie papierowej trafi w ręce aż dwudziestu osób, na czele z tymi, którzy już przed premierą wygrali swoje kopie. Pamiętam o Was 🙂

Pliki zostały przekazane wydawcy, czekamy na przejście zapłaty i produkcja ruszy z kopyta.

A na froncie twórczym…

W międzyczasie przebrnęłam przez dziesiątki stron notatek do następnej książki. Zdradzę, że posypało się już kilka kartek maszynopisu. Ta powieść zamknie “Trylogię Podkarpacką” – jak w myślach nazywam ten cykl. Osobno tytułowanych częsci będzie trzy, a roboczy tytuł całości to… “Dalekie Echa”. Tak, to kolejne odniesienie muzyczne. Wiecie, skąd zaczerpnięte?

 

 

Darujcie wielokropki

Gdzież indziej niż na blogu wyłuszczyć techniczne niuanse ‘klecenia’ książki, co do których istnienia niewiele osób zdaje sobie sprawę.

“Przędza Snów” miała trafić do druku trochę wcześniej, ale zdecydowałam dać jej jeszcze jedno czytanie. Moją zmorą jest nadmierne stawianie wielokropków. Nigdy nie wstawię jednej kropki, kiedy mogę wstawić trzy. I przecinki! Prześladują mnie przecinki i poprawnej interpunkcji będę się uczyć przez całe życie. Chciałam oczyścić trochę manuskrypt z tych niedociągnięć. Na pewno zostało ich wiele. Gdybym przeczytała tekst sto razy, pewnie ciągle coś bym zmianiała, wyłapywała i wygładzała. Trudno samej wykonać pracę, którą w normalnych warunkach wykonuje tuzin ludzi. Kiedyś jednak musi ruszyć do druku.

Ta historia może być nieco “nierówna”. Pierwsza część powstała przeszło dwa lata temu i przeleżała na dysku, kurząc się drobinkami megabajtów i megabitów. Odciągnęły mnie od niej inne sprawy. Po zakończeniu pracy nad “Co ugotować dla zmyślonego psa?” i “Jak nie dostać kota?” tak naprawdę chciałam przejść do pisania kolejnej historii, ale usłyszałam wołanie mojego moralnego głosu. Skoro powołałam do życia bohaterów, winna im byłam jakieś zakończenie. Dlatego być może przez początek tej historii nieco trudniej się przegryźć, być może ma inną “aurę”, być może jest niedojrzały.

Inne nierówności wynikają z trybu mojej pracy. Piszę właściwie tylko w dni wolne od pracy, a jeśli jest to tylko pojedyncza “dniówka”, to niewiele udaje mi się zdziałać. Czekam na te “podwójne”, kiedy mogę naprawdę przysiąść. To pisanie przeskokami, to pisanie w rzadkich (niestety) wybuchach. Trudno przy takim sposobie zapanować do końca nad historią. Wkradają się nieścisłości, wynikające z długich przerw między pisaniem ustępów i ograniczeń mojej pamięci. Staram się, jak mogę, żeby realia świata, topografia i chronologia nie powypadały poza okładki.

Jeśli, interesują się tylko sprawy technicznie, możesz przerwać teraz swobodnie czytanie. A w nagrodę za subskrybowanie bloga możesz podziwiać okładkę, zanim cała społeczność na Facebooku ją ujrzy.

Jeśli zaś nie nużą Cię osobiste wynurzenia, możesz kontynuować. Streszczę się, obiecuję.

Drugie czytanie “Przędzy” przypadło na ciężki okres. Okazało się, że nasz lokal na wesele został zarezerwowany podwójnie, przez co musieliśmy szukać alternatywnej sali. Po chwilowym załamaniu przyszło mi do głowy, żeby popchnąć tekst do druku po jednym czytaniu. Sprawy osobiste skłębiły się i nabrały sporej intensywności, więc nie wiedziałam, czy znajdę czas. Pomyślałam jednak, że skoro posyłam to moje literackie dziecko, mam pewne zobowiązanie do zadbania o to, by się ładnie prezentowało. Stąd w wirze załatwiania sali, telefonów, wizyt, przerezerwowywania pozostałych usług i przygotowań przysiadłam jeszcze raz do czytania.

Nie spodziewałam się, że to właśnie czytanie tekstu pomoże poradzić sobie z nawałem zajęć, który dla osoby podatnej na stres i dręczonej przez stany lękowe (głównie związane z wykonywaniem telefonów), jaką jestem, może być przytłaczający.

Pisanie mi pomaga. We wszystkim. W codziennym życiu, w kontaktach z ludźmi. Jest jak terapia, medytacja, catharsis. Sprawia, że umiem sobie poradzić, po wielu latach życia w przekonaniu, że tak nie jest.

To tyle sentymentów.

P.S. A wesele i tak się odbędzie!

37789565_10156566844780148_3569688177453039616_n

 

 

 

 

“Przędza snów” – zapowiedź

Z przyjemnością przedstawiam pierwszą zapowiedź najnowszej powieści.

Przędza snów

Plany i nadzieje dwudziestojednoletniej Rozalii Neledewskiej stawia pod znakiem zapytania nieprzewidziana komplikacja. W trudnych okolicznościach ujawnia się rodzinny dar, przekazywany z pokolenia na pokolenie w długiej linii sennych prządek. Ze strzępów i fragmentów wyłowionych ze snów swoich bliskich młoda dziewczyna na skraju transformacji w dojrzałą kobietę próbuje odtworzyć owianą tajemnicą historię rodzinną, która zaważyła na jej życiu. Nowoodkryta zdolność wydaje się w równym stopniu błogosławieństwem co przekleństwem. Zagłębianie się w mroczną sferę ludzkich snów wywołuje poczucie zagrożenia, gdy Rozalia w rekonstrukcji wydarzeń sprzed dwudziestu dwóch lat dostrzega podobieństwo własnej sytuacji. Zdarzenia zwielokrotniają się jak echa wędrujące po dzikiej i mrocznej Puszczy Bukowieckiej, w której cieniu żyje. Rozumie, że tylko akceptując odmienność jako część swojej tożsamości uda jej się wyrwać z pętli zdarzeń i uniknąć losu matki, która popadła w szaleństwo i targnęła się na własne życie.

Tylko czy naprawdę tak było?

Weterynarz dzikich zwierząt Adam Szechyński boryka się z ciężarem własnej traumy. Rozczarowany i wypalony, porzuca karierę naukową i wyjeżdża w jeden z najbardziej odludnych zakątków Podkarpacia. Chce doznać kojącego działania niezmienionej przyrody i zapomnieć się w misji niesienia pomocy zranionym zwierzętom. Podczas życiowych przemian towarzyszy mu powracający jak niespokojna fala sen, którym obdarowała go przed laty prządka snów. Przyrodnik postanawia podążyć drogą, którą wskazuje mu krucha nić sennej wizji, w nadziei, że to pomoże mu zrzucić balast bolesnych doświadczeń i żałoby.

W bukowieckiej dziczy w odwiecznym porządku spraw przeplatają się życie i śmierć, starość i młodość, piękno i okrucieństwo, światło i cień. Z serca lasu wypływają cenne lekcje. Bohaterowie podejmują próbę wsłuchania się w prawdy, jakie niesie ze sobą pieśń pradawnej puszczy, by stawić czoło prawdom, o których szepcą ich własne serca.

 

DSC_4028