John Gwynne, “Malice”/”Zawiść” – o książce

Ja, jak to ja, na półce od jakiegoś roku mam siedem książek tego autora, a dopiero teraz sięgnęłam po pierwszą.

Wydawało mi się, że do czytania „Zawiści” podchodzę bez jakichkolwiek wyobrażeń/oczekiwań/wiedzy na temat książki. Na ironię zakrawa fakt, że pierwszy tom tetralogii „Wiernych i Upadłych” okazał się być zupełnie inny od moich oczekiwań. Prawdopodobnie dokonałam projekcji mojego własnego czytelniczego nastroju na nikomu nic nie winną książkę. Chciałam czegoś twardego, chropowatego, może odrobinę brutalnego, może deczko grim dark… A dostałam dość konwencjonalne epickie fantasy, które momentami czyta się jak YA.

Zajęło mi około 300 stron, żeby wgryźć się w historię, co jak na długi cykl książek nie jest chyba aż tak złym wynikiem, zważywszy, że w świecie alternatywnym trzeba się nieco zorientować. A „Zawiść” nie jest książką, w którą zostajemy zassani; autor raczej wprowadza nas za rękę podczas powolnego spaceru. Należy pamiętać, że ta powieść do debiut autorski Gwynne’a, a taka niespieszna ekspozycja ma jednak pewien plus: pozwala nam zaznajomić się z armią postaci, z których co najmniej połowa ma imię zaczynające się na literę C, a druga połowa jest królem.

Książka napisana jest w dobrze sprawdzonej w fantastyce formie POV. Rozdziały pisane z perspektywy poszczególnych bohaterów są krótkie niemal jak migawki, a każdy gęsto zamieszkany przez tuziny kolejnych. Znacie ten słodki środek, tę magiczną linię pomiędzy bogactwem przedstawionego świata w wprawianiem czytelnika w konfuzję z powodu nadmiaru perspektyw? Ano, dla mnie „Malice” osiągnęło go gdzieś w połowie i wtedy zaczęłam czytać z większą przyjemnością. Wyklarowały się też dwie główne linie fabularne (albo dwie główne i jedna poboczna?) i odtąd było mi łatwiej.

W pierwszym cyklu Gwynne’a dostajemy świat przypominający nieco bardzo wczesne średniowiecze, trącący odrobinę celtyckim klimatem. No wiecie, plus Giganci, białożmije i tajemniczy, nieobecni bogowie zakleszczeni w odwiecznej wojnie (jeśli to nie naprowadza nas na element epickiego fantasy sine qua non, mianowicie „dobro vs zło”, to ja nie wiem). Dwie wspomniane linie fabularne śledzą dwóch bohaterów, co do których szybko nabieramy pewności, że ich role w końcowej rozgrywce będą znaczące. Corban jest synem kowala, dorastającym chłopcem, który rozpoczyna swój trening na wojownika i poznaje znaczenie odwagi. Nathair to syn króla, którego nieokiełznana megalomania dowiodła do przekonania o tym, że jest Serem Disglair: czempionem boga Elyona w nadchodzącej potyczce z Asrothem i jego armią.

Mamy tu ulubione tropy stylistyczne epickiego fantasy. Legendarne, magiczne przedmioty, uśpione, tajemnicze moce, przepowiednie, wybrańca, a nawet oswojone dzikie zwierzę… Tych, którzy są dobrze zorientowani w estetyce gatunku niewiele tu zaskoczy. Ale ktoś, kto kocha klasyczne, epickie opowieści i nie nastawia się na nowatorstwo, a na dobrze znane, komfortowe klimaty, będzie czytał „Zawiść” z przyjemnością.

Pierwszy tom „Wiernych i Poległych” pozostaje w sferze „niskiego” fantasy. Punkt ciężkości książki nie leży w operowaniu przez bohaterów magią, która zasadza się tu na manipulowaniu siłami natury. Choć mamy kilku bohaterów posiadających zdolność posługiwania się magią, ale jej przejawy pozostają subtelne. Kilka aluzji zapowiada jednak, że czeka nas natężenie tego elementu książki w przyszłych tomach.

Z osobistych odczuć na temat „Zawiści” chyba najistotniejsze jest to, że świat Gwynna jest dość zmaskulinizowany. Jak na tak mocno zaludnioną powieść, dostajemy niewielki przekrój ciekawych postaci kobiecych. Intryga jest składna, ale dość przewidywalna. Całość utkana jest z żołnierskiej, powściągliwej narracji, więc jeśli ktoś lubi poetyckie, warsztatowo dopracowany styl pisania, „Zawiść” może się źle czytać. Osobiście chętnie czytam i nowoczesną, konkretną narrację i tę bardziej emotywną i liryczną. I przyznam, że w przypadku „Zawiści”, oszczędność opisowa działa na korzyść. Lubię akcję w książkach, ale niezmiernie mierzi mnie, kiedy dwunastostronicowy opis pojedynku zakończony jest stwierdzeniem, że „wszystko to nie trwało dłużej niż minutę”. A u Gwynne’a (to jest, kiedy się coś wreszcie dzieje) rozwlekle na pewno nie jest. Jest za to przychylnie względem młodszych czytelników. Wojowie padają co prawda jak muchy, ale brutalnie szczegółowych opisów na próżno tu szukać. Czytałam w oryginale, więc nie wiem, jak wytrzymuje próbę polskie tłumaczenie. Samo tłumaczenie tytułu nie do końca mi leży, a i ogólnie moje stosunki z literaturą tłumaczoną są co najmniej napięte.

Nieco irytujące w czytaniu jest częste gubienie się osi czasowych poszczególnych wątków. Mam wrażenie, że rozdziały z punktu widzenia jednego bohatera często opisują zagęszczony okres czasu, podczas gdy inni bohaterowie między swoimi rozdziałami odbywają wielotygodniowe podróże. To nierówne tempo upływu czasu wyrównuje się trochę w drugiej połowie książki, więc sądzę, że w miarę nabierania biegłości w opisywaniu zdarzeń Gwynne zaczął się z tym lepiej pilnować.

„Zawiść” prowadza nas po dobrze schodzonych ścieżkach. To książka dla tych, którzy szukają dobrej zabawy, nie dla tych, którzy poszerzają horyzonty. Wcale nie twierdzę, że to złe! W końcu wracamy do starych, sprawdzonych formatów dlatego, że są one strefą komfortu. Ostatecznie wszystko smakuje lepiej, jeśli się ma na to akurat ochotę. Dla mnie nie była to książka z rodzaju tych, które trudno odłożyć w którymkolwiek momencie. Momentami brnęłam z oporem. Ale może kolejne tomy jeszcze mnie zaskoczą?

Moja ocena: 6,5/10

Czy będę kontynuować serię? 50/50

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s