Jim Butcher, “Akta Harry’ego Dresdena”, część 12., „Changes”/ “Zmiany” – (nieco stronniczo) o książce



Chyba będzie przydługo jak na moje wewnętrzne standardy nawijania o jednej książce, ale za to bez spojlerów tej części cyklu.

Rok 2020 upłynął mi pod znakiem „Akt Harry’ego Dresdena”. Za serię zabrałam się na wieść o tym, że historia jedynego profesjonalnego maga w Chicago (chyba „maga”, wybaczcie, jeśli coś źle tłumaczę na polski; serię czytałam w oryginale) poszerzy się w tym roku nie o jedną, a o dwie części. Cykl Jima Butchera nie stał nawet obok mojej TBR na ten rok, ale hej tam, od odrobina szaleństwa w postaci czytania książek spoza rygorystycznie sztywnej listy nikomu jeszcze nie zaszkodziła. A szaleństwo było podwójne, bo naruszyłam Ordynans Czytelniczy nr 1 – Czytanie serii, które nie mają konkluzji jest surowo zakazane pod groźbą czekania na kolejne tomy do uświerknięcia.

Na chwilę obecną jestem tuż przed lekturą „tegorocznych” tomów. O dziwo, wcale nie odwlekałam czytania „Peace talks” i „Battle Ground” dlatego, że nie mogę znaleźć czasu, o nie. Po prostu ogarnął mnie paniczny strach przed ukończeniem serii. I co ja pocznę, kiedy nie będzie już kolejnego Dresdena do czytania? Sprawy nie poprawia fakt, że niestety natknęłam się na kilka spojlerów, które tym bardziej napawają mnie grozą. Zostawiłam więc lekturę tych dwóch na okres okołoświąteczny. Podejrzewam, że zdjęcie Agnieszki skulonej w pozycji zarodkowej na podłodze z powodu ukończenia serii, które trafi do wiecznie rosnącej kolekcji mojego Męża, będzie spektakularne.

W międzyczasie postanowiłam cofnąć się do „Zmian”. Dlaczego akurat do tego tomu, mam nadzieję, uda mi się wyjaśnić w tym przydługim poście. Nie będzie to recenzja, z tego względu, że, po pierwsze, ogólnie unikam nazywania moich wywodów tym mianem; po drugie, recenzji „Aktów Harry’ego Pottera” jest bez liku i zainteresowani mogą je łatwo odnaleźć w czeluściach Internetu; po trzecie, recenzowanie dwunastego tomu serii nastręcza różnorakich trudności, jak choćby to, że narażam czytających w ten sposób na liczne spojlery poprzednich części czy też to, że czytelnicy, którzy znają cykl będą ziewać z nudów, a ci, którzy go nie znają, popadną w stan konfuzji, po czwarte, piąte, szóste… Daruję wam, bo zrobi się jeszcze dłużej.

Jeśli nie recenzja, to co? Ano postaram się powiedzieć, dlaczego uważam, że warto przeczytać poprzednich jedenaście tomów cyklu, żeby dotrzeć do „Zmian”.

A muszę wpierw uściślić, że wcale nie uważam czytania książek 1-11 za stratę czasu. Przeciwnie, ja miałam prawie przy każdej części cyklu sporo frajdy (Frajdy…? Mówi tak ktoś jeszcze?). Widzę jednak taką możliwość, że ktoś, kto podjął czytanie serii, mógłby po kilku tomach stwierdzić, że kontynuowanie nie ma sensu. Choć istnieją wątki łączące poszczególne części, to każdy tom cyklu o Harrym Dresdenie ma niezależną fabułę. Po kilku tomach wyłania się niejaki wzór. Łatwo byłoby odłożyć cykl pod zarzutem, że kolejne tomy serii to po prostu „więcej tego samego”.
Na piekielne dzwonki, nic bardziej mylnego…! A „Zmiany” są właśnie tomem, który najdobitniej pokazuje, że Jim Butcher nie wpadł wcale w rutynę. A mógłby. Jeśli czytelnik doszedł do dwunastego tomu w serii, to najprawdopodobniej jest już tak związany emocjonalnie z bohaterami, że będzie czytał dalej, choćby wiało nudą. Jim Butcher nie spoczął jednak na laurach. A nie jest przecież łatwo w wielotomowej serii tego typu wciąż podkręcać napięcie.

Harry Dresden, mag nieco niezorganizowany, trochę pechowy, preferujący bezpośrednie rozwiązania, o podejściu typu „najpierw czyny, potem słowa” stawał przecież już naprzeciw imponującym rywalom, zazwyczaj przy miażdżącej przewadze z ich strony, a stawką był często los, jeśli nie całego świata, to znacznej jego części. Wobec tego zadanie zwiększenia motywacji naszego bohatera wydaje się niemożliwe. Sposób, jaki Butcher wybrnął z tego problemu jest mistrzowski. Otóż dotychczas Dresden wikłał się (lub bywał wikłany) w konflikty z powodu etycznego imperatywu. Jego rygorystyczna moralność nie pozwalała mu stać obojętnie, kiedy niewinni ludzie, mieszkańcy jego miasta, podlegali zagrożeniu. Tymczasem w „Zmianach” mamy przemieszczenie w kierunku konfliktu zupełnie, do bólu, personalnego.

„Zmiany” pokazują, jak dalece idzie planowanie ewolucji serii przez autora. Autor nie tylko zasiał zwiastuny wydarzeń z tego tomu w jednym z początkowych tomów serii, ale wręcz je ustawił. Jeśli przy lekturze początkowych części natraficie na scenę, która nijak nie pasuje do ogólnej estetyki serii, wiedzcie, że nie została ona napisana przypadkiem. To, że czekaliśmy dobrych kilka tomów na realizację tego wątku jest świetnym przykładem na to, że Jim Butcher potrafi po mistrzowsku dawkować nam rewelacje. Nie pospiesza organicznego rozwoju wypadków i tylko od czasu do czasu w krótkich migawkach przypomina nam, że ma jeszcze sporo tajemnic w zanadrzu. Po kolejny tak znaczący tego daleko-sięgającego planowania o podobnej wadze przyjdzie w „Skin Game” (zdaje się, że ta część jeszcze nie została przetłumaczona na polski).

„Zmiany” stawiają Dresdena jako złoty standard ciągle ewoluującego charakteru. Jasne, po jedenastu poprzednich tomach czytelnik ma już niejakie pojęcie o tym jakiego typu gościem jest Harry, ale dopiero teraz, kiedy został popchnięty przez nieubłagane pióro Jima Butchera do samego limitu, dowiaduje się kim tak naprawdę Harry jest. I nie ma tu komfortu moralnie jednoznacznych, czarno-białych wyborów. Harry, który od pierwszych stron serii walczy z prywatną ciemną stroną mocy (i jako fan „Gwiezdnych Wojen” prawdopodobnie doceniłby tę metaforę), wkracza na coraz mroczniejsze terytoria – a my jeszcze go za to podziwiamy.
Jednym z powodów, dla których „Zmiany” tak rezonowały z społecznością fanów „Akt Harry’ego Dresdena” jest mistrzostwo Jima Butchera w operowaniu pierwszoosobową perspektywą. Zaletą narracji w pierwszej osobie jest automatyczne skłonienie czytelnika do empatyzowania z głównym bohaterem, ale Jim Butcher zwłaszcza potrafi sprawić, że czujemy się, jakbyśmy podążali za Harrym uczepieni jego płaszcza, w dodatku z małą diodką pomiędzy jego i naszym mózgiem, która pozwala nam poznać jego myśli. Narracja Harry’ego jest maksymalnie bliska i w ten sposób w momencie kulminacji czujemy to, co się wydarza, wprost i bezpośrednio, jakby dotyczyło to naszego najlepszego przyjaciela.

Znacie to uczucie, że książka mogłaby być obcięta o ileśtam stron i wciąż czytałoby się ją tak samo. Nie u Butchera. Każdy tom „Akt Harry’ego Dresdena” jest napakowany akcją. Zwłaszcza „Zmiany” przeczą jednak mitowi o tym, że książki o szybkim tempie zdarzeń tracą na mięsistości. Osobiście cały cykl dotąd pochłonęłam z zachłannością, ale tylko „Zmiany” zatrzymały mnie do trzeciej nad ranem, bo nie wyobrażałam sobie, jak mogłabym przerwać w którymkolwiek momencie. Więc jeśli ktoś jest jeszcze przed lekturą i dotrze do miejsca, w którym wyraźnie będzie widać, że sprawy nieodwracalnie zaczynają się dziać, polecam zaopatrzyć się w płyny i prowiant. Przed wami pięć godzin jazdy bez trzymanki.

A teraz na poważnie(j).

Jestem ogromną zwolenniczką tak zwanej Preferencji Czytelniczej (tak, duża litera jest tu naprawdę konieczna) Jeśli „Akta Harry’ego Dresdena” nie są dla ciebie – w porządku. Nie czujesz atmosfery, nie interesuje cię to, po prostu odłóż. Nic się nie stanie, naprawdę. Mnie też nikt nie przekona do czytania Sandersona… Ale za to tam, gdzie mam i dobrą zabawę, i postaci, w które mogę się wczuć, i niepretensjonalną, poślizgową narrację, tam dam się zaciągnąć bez dalszych pytań. Butcher jest bardzo pode mnie.

Ale jeśli dopiero zacząłeś/zaczęłaś i wciąż się wahasz… To wiedz, że warto czytać dalej. Choć ja połknęłam je jak słodkiego cukierka, to jasne, że początkowe tomy serii warsztatowo nie są tak dobre jak późniejsze. Przy serii liczącej 17 tomów nieodwołalnie trafią się lepsze i gorsze. Mnie samej zdarzało się przerywać czytanie książek, którym brakowało stylistycznej gładkości, ale z drugiej strony były i takie, które kontynuowałam mimo początkowych niezgrabności, i w tej chwili należą do moich ukochanych serii (Hadrian & Royce best buddies forever!). I choć wiem, że poniższe cyferki niewiele znaczą, bo odzwierciedlają tylko i wyłącznie moje Preferencje Czytelnicze, to pozwolę im udobitnić moją pointę.
 
Moja ocena: 10/10
Czy przeczytałabym ponownie: Yup. Yes. Yaaas.
Czy będę kontynuować cykl: do ostatniego paragrafu.
Czy Harry Dresden jest moim największym literackim crushem od czasów Włóczykija z „Muminków”? – 100% tak.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s