L.M. Wang, „Sword of Kaigen” – o książce, czyli dlaczego warto czytać fantastykę „na mniejszą skalę”

Książka nieodmiennie w pierwszej trójce moich najlepszych lektur tego (pokręconego, jak wszyscy wiemy) roku. Odhacza tyle okienek, że sama nie wiem, gdzie zacząć.

Może od tego, że zmieścić fantastyczną, immersyjną opowieść spod znaku SFF, czy nawet szerzej – fikcji spekulatywnej – w pojedynczym tomie jest niezmiernie trudno. W porządku, przyznaję, sześćset stron to niemało, ale wielu autorom nie udaje się tak doskonale nakreślić kultury w wielu opasłych tomach, jak udaje się to L.M. Wang w zamkniętej jednotomowej historii. Autorka nie bazuje w próżni: świat „Miecza Kaigen” jest zbliżony do kultury japońskiej, przy czym panuje tu swobodne pomieszanie elementów archaicznych i historycznych ze współczesną technologią. Fakt o mnie: jeśli książka ma na końcu piętnastostronicowy słowniczek, jestem o pięćdziesiąt procent skłonniejsza po nią sięgnąć. Dodatkowym smaczkiem jest wyraźnie totalitarny charakter ustroju politycznego, istotny dla fabuły książki. Autorce należą się podziękowania za odważne sięganie do mniej popularnych estetyk, kiedy tak wiele prozy spod znaku fantastyki bazuje na kulturze średniowiecznej Europy. Już samo to wprawia mnie, spragnioną nowych, mało schodzonych szlaków, w zachwyt. A tu wisienka na torcie: bardzo zgrabny system magii.

Dobrze, przyznam, że gdyby mi ktoś przed lekturą tej powieści powiedział, że system magii oparty jest na elementach natury, ziewnęłabym szeroko i powiedziała: „Dzięki, było. Następna!”. Na całe szczęście tak się nie stało. Sam sposób, w jaki autorka styka nas z elementami fizyki tego świata, jest zrealizowany po mistrzowsku. W codziennej, banalnej sytuacji, w momencie, kiedy nic nie dało nam jeszcze odczuć, że znajdujemy się w świecie „wysokiego fantasy”, dostajemy popis narracyjnego mistrzostwa przez obrazową, prawie filmowo zrealizowaną scenę, w której główna bohaterka ujawnia swój wyjątkowy talent.

Tytułowy „Sword of Kaigen” to nazwa społeczności zakorzenionych w tradycji wojowników, zamieszkujących półwysep Shirojima. Maleńkiej wiosce, w której spokojną egzystencję prowadzą członkowie rodziny Matsuda, z których perspektywy oglądamy świat, grozi inwazja wrogich sił. Przesłanki o zbliżającej się napaści przygotowują nas na zbliżającą się kulminację, tak dobrze znaną wśród fanów gatunku. Nawet podtytuł książki głosi, że jest to „Theonicka historia wojenna”. Bez zdradzania zbyt wielu szczegółów mogę powiedzieć tylko, że apogeum napięcia i oczekiwania przychodzi w niespodziewanym momencie. Trochę poniewczasie orientujemy się, że nie mamy tu do czynienia z konwencjonalną strukturą, według której największe zagęszczenie akcji realizują finałowe rozdziały książki.

Śledzimy główną bohaterkę, Misaki, uwięzioną w tradycyjnie zaaranżowanym małżeństwie i jej próby pogodzenia się z sytuacją, w jakiej się znalazła. Jej rzeczywistość po wyjściu za mąż znacząco się skurczyła. Przez jej wspomnienia prześwitują fragmenty większego, ekspansywnego świata, tymczasem jej obecne życie ogranicza się do codziennej egzystencji w rygorystycznie patriarchalnej komunie skupionej wokół góry Takayubi. Jej rola w społeczeństwie jest wyraźnie określona. Żeby ją wypełnić, Misaki musi skrywać przed światem swoją prawdziwą naturę – i swoje umiejętności. Jej zadaniem jest zapewnienie trwałości rodziny Matsuda. Dzieci są sensem jej życia, ale nawet przed nimi nie jest naprawdę sobą. Zasadniczość i oziębłość mężczyzny, za którego została wydana nie ułatwia jej aklimatyzacji w społeczności, która nigdy nie zaakceptowałaby jej w roli innej niż tylko uległej, posłusznej żony i matki. Wieloletnie niedopowiedzenia, skrywane wzajemnie tajemnice i rosnący żal znajdują ujście a najbardziej krytycznym momencie. Drugim ważnym głosem w książce jest najsatszy syn Misaki i Takeru, Mamoru, dostastający chłopiec, próbujący uporać się z presją nałożoną przez przynależność do prominentnej rodziny Matsudów.

Wojownicy z SHirojimy wywodzą się z rodów o legendarnie silnej jiya – zdolności manipulowania wody. Wojownicy jiyakalu stali się murem pomiędzy wrogimi siłami a imperium, do którego należeli. Ich kultura nade wszystko gloryfikuje honor, lojalność wobec władcy tak bezkrytyczną, że niemal nie pozostawia ona miejsca na indywidualizm. Ale okoliczności, z którymi stykają się bohaterowie, sprawiają, że muszą oni zrewidować swój system wartości.

„Sword of Kaigen” wpisuje się w coraz bardziej wyrazisty trend odchodzenia od tradycyjnego epickiego fantasy, w których śledzimy konflikty „na wielką skalę”. Bodajże najwyrazistszym znanym mi z osobistej lektury przykładem tego trendu jest znakomita trylogia „Pęknięta Ziemia” N.K. Jemisin. Owszem, dostajemy pełną napięcia relację ze zmagań wojennych, ale nie mniej istotny od potyczki dwóch wrogich armii jest konflikt między ludźmi, indywidualna perspektywa i napięcia między bohaterami, których role wobec siebie nie są wcale typowe dla gatunku. W otoczeniu wyraźnie fantastycznym, powieść skupia się na ekstremalnie ludzkich przeżyciach. W jednocześnie tragicznych i heroicznych doświadczeniach pozostaje bliska organicznym, najbardziej intymnym emocjom i ważkości niejednoznacznych relacji bohaterów.

I wcale nie jest tak, że tradycyjne, epickie fantasy już mi się przejadło i wcale nie uważam, że powinniśmy zdjąć je z półek. Pogonię za magicznym mieczem, polecę na smoku i uratuję świat u boku pewnie niejednego jeszcze bohatera. Uważam tylko, że skoro fikcja spekulatywna w ostatnich dekadach przeżywa prawdziwy boom, ekspansywnie i agresywnie ewoluując w nowe, ekscytujące rejony, to jest chyba miejsce na więcej głosów takich jak ten L.M. Wang. 

Atutem książki specjalnie do mnie przemawiającym jest styl narracji, świetnie balansujący pomiędzy plastycznym i obrazowym przedstawieniem scen aktywnych a prezentowaniem napięć pomiędzy bohaterami i ich wewnętrznych zmagań. Autorka wydobywa świat ewokatywnie, jednocześnie nie popadając w przesadną deskryptywność, która często rozwleka powieści fantasy. Zarówno w opisie przeżyć bohaterów jak i w spektakularnych popisach kreatywnego operowania stworzonymi elementami magii miałam wrażenie „oglądania” raczej niż „czytania” opisanej historii. Atmosfera książki jest wciągająca, rozpięta pomiędzy odczuciem stałości, zatrzymania w chwili, niemal stagnacji panującej w Shirojimie w czasie pokoju a stopniowo narastającego rozedrgania.

Nie jest perfekcyjnie. „Sword of Kaigen” powstała jako spin-off serii „Theonite” (obecnie zawieszonej przez autorkę) i z tego powodu struktura książki nieco cierpi, zwłaszcza w finalnej partii, która niepotrzebnie odwołuje się pozostałych książek. Zwłaszcza ostatni rozdział wydaje się być „łącznikiem” do głównej serii, przez co finał wypada dość płasko i przeciągle.

Tym niemniej „Sword of Kaigen” jest jednym z tych solidnych kamieni, tworzących ścieżkę w kierunku nowej jakości współczesnej fantastyki. Oby więcej takich.

Moja ocena: 8,5/10

Czy przeczytałabym ponownie? Tak.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s