Emily Henry, „Beach Read” – o książce

Po książki tego typu sięgam w charakterze „przerywajek”. Najczęściej wsuwam je między kolejne tomy długaśnych serii, kiedy potrzebuję przerwy na oddech.

Niekoniecznie jednak liczę na to, że będą lekkie.

Uważam, że podchodzenie do lektury książki – jakiegokolwiek gatunku – z wyraźnie określonymi oczekiwaniami może przynieść tylko rozczarowanie. Swoją drogą rozbieżne opinie o tej książce pokazują, jakie ograniczenia niesie ze sobą szufladkowanie książek.

Już wyjaśniam.

Otóż zetknęłam się z wieloma opiniami, że „Beach Read” nie jest taką książką, jaką powinna być. Jaką czytelniczki (choć może przeczytał ten książkę jakiś facet) spodziewały się przeczytać.

Miało być słodko, zabawnie, romantycznie, cukierkowo.

Jest trochę ciężko, trochę poważnie, trochę melancholijnie. Bardziej ludzko.

„Beach Read’ opowiada o dwójce autorów, którzy próbują przez ich własną twórczość uporać się z uczuciem żalu po stracie. Jednocześnie starają się odkryć, czy na życiowych zakrętach prawda, którą starają się przekazać w dwóch różnych gatunkach twórczości, wytrzymuje weryfikację.

January i Gus znali się w czasach studenckich. Los styka ich znów w niespodziewany sposób: zamieszkują w sąsiadujących domkach przy plaży nad Lake Bear Shore. W wyniku splotu okoliczności wchodzą w układ: każde z nich napisze książkę w stylu pisania tego drugiego.

Okazuje się, że wyjście poza ramy własnej strefy komfortu otwiera ich nie tylko na nowe prawdy życiowe, ale też na siebie nawzajem. Inaczej niż w wielu książkach spod znaku romansu, gdzie relacja często budowana jest z powierzchownych, komicznych lub żenujących sytuacji, bohaterowie dostają tu dużo wspólnego czasu. Rozmawiają ze sobą naprawdę. Prowadzą ze sobą konwersacje o własnych przeżyciach, smutkach, traumach, a w końcu o wspólnej przeszłości i niedomówieniach. Z tego względu książka wydaje się intymna, jak bardzo długi dialog, który podsłuchujemy, mimo iż wydaje nam się, że przekraczamy jakąś granicę.

„Beach Read” podkreśla potrzebę głębszego porozumienia pomiędzy ludźmi. Przekomarzanie i flirt nie wystarczają. Książka postuluje, że smutek może połączyć dwoje ludzi, być wspólnym gruntem. Obiektywnie, niewiele zmienia się w życiu bohaterów na niemal trzystu sześćdziesięciu stronach, śledzimy tylko przemiany zachodzące w ich postawie życiowej.

Mimo tych nieco cięższych tematów, książka wciąż mocno opiera się na estetyce romansu. Nie jest to historia miłosna z fajerwerkami. Jest prosto, słodko, czule, poufale. Gus i January oboje znają już ból utraty miłości. Ich wzajemna atrakcja ma przez to nieco nostalgiczne znamię.

Ponieważ nie jest to typowy romans, czasem w trakcie lektury odczuwałam nieco zgrzytu. W ciężkich, pełnych napięcia momentach pojawiały się wtrącenia o fizycznych aspektach tejże wspomnianej wzajemnej atrakcji, co wydawało mi się nie na miejscu. Ale potem pomyślałam, że właśnie takie jest życie. Nie przeżywamy niczego odrębnie: to miszmasz i patchwork różnych, czasem skrajnych emocji.

Romans? Tak, ale doprawiony odrobiną goryczy.

Dla mnie nie zepsuła ona smaku całości.

Moja ocena 7/10

Czy przeczytałabym ponownie? Nie.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s