Półmetek!

20190708_161448_HDR[1]

Półmetek zakrada się zazwyczaj zdradziecko. Po cichutku. Pomalutku. Patrzę: a tu jest.

No, w zasadzie nie mogę ze stuprocentową pewnością tego stwierdzić. Początkowo założyłam, że pierwszy tom (leniwie, ale jednak) nadchodzącej trylogii będzie miał stron „do sześciuset”, a tu właśnie „pyknęło” 296. Format, który założyłam, to tak zwane „royal bound”, więc w tradycyjnym formacie B byłoby tych stron jeszcze więcej! Więc jestem – mniej więcej – w połowie, a nawet jeśli nie, to tu, gdzie się znajdujemy (ja i „Lustro babci Wirydiany”) jest miejsce dobre jak każde inne na cząstkowe ewaluacje.

O ile z początku pisanie było dla mnie czynnością terapeutyczną, to ostatnimi czasy zaczęłam traktować je bardziej w kategoriach doświadczenia terapeutyczno-warsztatowego, przeprowadzonego na zasadzie tak zwanego „omacka”: co działa, a co nie działa i… jak to wszystko działa w pisaniu? W pewnym sensie jest to też forma medytacji, prowadząca do bliższego poznania własnego charakteru – przynajmniej charakteru jako osoby piszącej, chociaż to w sumie to samo, jeśli przyjąć potrzebę pisania za część własnej tożsamości.

I tak na przykład wiem już, że pierwsza połowa rodzi się w większych bólach niż druga. Wiadomo, że jakoś tam planuje się „naprzód”, i nikt nie zaczyna pisać z tą myślą, że nigdy nie skończy. Przy czym ten „początek” przypomina mi coś w rodzaju rozrzucenia wielkiego stosu różnokolorowych nitek. Jest obezwładniający, wpędza we frustrację podobną Kopciuszkowej – bo to taki bałagan, wszystko ze wszystkim i jak to wszystko uporządkować…? Ale po przekroczeniu pewnej magicznej, nienamacalnej, niewyczuwalnej bariery nitki zaczynają się zawiązywać – czerwona do czerwonej, zielona do zielonej, niebieska do niebieskiej… I to już jest łatwiejsze. Wpada się w pewien rytm splatania wątków (czasem nawet „piszą się same”) i wtedy ta – używam tego słowa luśno – praca robi się znacznie przyjemniejsza.

Jak już powiedziałam, traktuję pisanie obecnych książek jako coś w rodzaju szlifowania warsztatu. Nie miałam co prawda programowych założeń, nie wypisałam sobie listy celów, bo jednak nie jest to tylko „systematyczna” nauka. Wciąż polegam mocno na intuicji i realizuję pewne pomysły i rozwiązania narracyjne na bieżąco.

ALE. Gdybym miała streścić najważniejsze wyzwania „Dalekich Ech”, to przede wszystkim to, że zaplanowałam je jako dość obszerną trylogię.

Nie lubię książek krótkich. Czytać i pisać. Nie i już. Czytałam wiele tak zwanych „chick flicków”, które opierały się na świetnym pomyśle, ale ich realizacja pozostawiała spory niedosyt – ten złego typu. Budowanie świata potraktowane po macoszemu, mnóstwo dialogu, mało nastroju. Pośpiech. Rozumiem, naprawdę rozumiem – ludzie nie mają czasu na czytanie, chcą „połknąć” coś na szybko, taką „wakacyjną lekturę” czy tam książkę do poczytania, jak już dzieci WRESZCIE pójdą spać… A jednak trudno mi pójść na kompromis, zwłaszcza w przypadku tej książki, której ciężarem chyba nie jest jakaś obiektywnie wynikająca z wydarzeń akcja, ale wewnętrzne konflikty postaci i proces ścierania się ze sobą charakterów. Sam świat „Dalekich Ech” jest – tak mi się przynajmniej wydaje, chociaż może mam złe poczucie perspektywy – ogromny. I to jest niezależne ode mnie. Widzę go tak, jak go widzę – nie mam na to wpływu. Natomiast bardzo chciałabym budować go w trakcie trwania całej powieści. Nie chcę spędzić całego pierwszego tomu tylko na opisie miejsc i nastrojów oraz sugerowaniu przeszłych wydarzeń – bardzo chciałabym, by to „budowanie” trwało od początku do końca, żeby nie wydawało się suche i kliniczne, żeby było częścią wydarzeń i przeżyć bohaterów.

Ta „trylogiczność” wpłynęła nieco na proces powstawania „Lustra Babci Wirydiany”. Mam jednak w głowie to, że jestem dopiero w połowie pierwszej części. Mogłabym, co prawda, napisać wszystkie trzy i dopiero wtedy je upublicznić… Ale to LATA (w założeniu, nie więcej niż trzy 😉) pracy. Więc chociaż drugą połowę pierwszego tomu łatwiej się pisze, to mam jednak świadomość, że po jej zakończeniu historia toczy się dalej. Co się już wydrukuje, tego nie będę mogła pozmieniać, odwołać, usunąć… Czyli coś tak jak w życiu. Jak się już wydarzyło, to się wydarzyło i basta. Chcę też, żeby wszystkie trzy tomy były spójną całością, żeby czytały się jak jedna historia, dlatego już w tomie pierwszym muszę zasiać ziarna tomów kolejnych. I to jest trudna praca. Coś jak zasiewanie w ogrodzie – mnóstwo posadzonych pięknych kwiatów, które zaczynają w pewnym momencie kwitnąć tak bujnie, że nie da się nad nimi zapanować. (Nota bene, to właśnie główna przyczyna moich pisarskich „przestojów” – przerażenie ogromem czekające pracy. Nieco umiem to opanować kiedy skupię się na pisaniu tej konkretnej sceny, którą mam na tapecie.)

Drugim ważnym wziętym na warsztat elementem jest styl narracji. W „Dalekich Echach”, jak już do was trafią, znajdziecie trzy osobne style narracyjne – a to już dużo. Dlatego zrezygnowałam z obecnej w „Miziajce” i dość ważnej dla kulminacyjnych scen „Prządki” podwójnej perspektywy. „Dalekie Echa” – a przynajmniej ich pierwszy tom, zostanie opowiedziany z punktu widzenia jednej bohaterki – przynajmniej jeśli chodzi o wydarzenia w czasie rzeczywistym – ale znajdą się tam również wplecione dwie inne techniki narracyjne.

Po trzecie wreszcie, jak w poprzednich dwóch książkach, próbuję i tu wyważyć te dwie składowe świata, które są ważne dla typu powieści, nad którymi obecnie pracuję. Z jednej strony mamy „dzianie się”, fabułę, akcję, wydarzenia, które popychają powieść do przodu, a z drugiej strony wspomniane zderzenia charakterologiczne, które obiektywnie nie zmieniają niczego w świecie przedstawionym, ale zmieniają serca i umysły bohaterów. Wiem, że dla mnie to ostatnie jest kwintesencją tego typu prozy (nazwałabym ją „kobiecą”, ale nie chcę być oskarżona o seksizm), z drugiej strony powieści pozbawione akcji durzą się i nie przykuwają uwagi. W „Dalekich Echach” jest właśnie chyba mniej akcji, więcej interakcji. Ciekawie będzie zobaczyć, jak to wszystko zadziała. Niestety, przekonać się o tym można dopiero po skończeniu pracy, bo w tracie jakoś ciężko to dostrzec.

Książki, niestety, piszą się same. Słowo daję.

Może to niewiele założeń jak na powieść, mającą w założeniu 1800 stron manuskryptowych. Jedno, czego z pewnością dowiedziałam się po moich pierwszych skończonych historiach to to, że pisanie dzieje się powoli. Poprawa warsztatu dzieje się powoli. To pasja, której rezultaty widać po latach – przynajmniej dla mnie. Owszem, są pisarze o ogromnych talentach, którzy debiutują fantastycznymi powieściami. Patrick Rothfuss, który również się z pisaniem nie spieszy, przekazał w wywiadzie to, co powiedział mu kiedyś ojciec: jeśli masz coś zrobić (to jest napisać książkę), zrób dobrą robotę od samego początku. Ja sama nie wiem, czy mam jakikolwiek naturalny talent. Lubię pisać. Pomaga mi to – nie tylko w zwalczaniu depresji, ale też w odegnaniu poczucia samotności, czasem bardzo dojmującego, gdy się żyje, jak ja, w obcym kraju. Nie wiem, czy pisania da się nauczyć. Mimo wszystko próbuję. Wyszłam z całkowicie innego założenia: z „uczenia się” pisania zrobiłam proces zupełnie transparentny, obnażony. Eksperyment, który po latach będę mogła podsumować. Od czego zaczęłam i gdzie skończę… Może coś, co z początku szło mi nieudolnie, będę mogła poprawić? Jak wiele czasu trzeba spędzić przed klawiaturą, żeby proces twórczy stał się „płynny”. Czy da się wypracować jakieś techniki radzenia sobie z trudnościami na drodze opowiadacza historii?

Oczywiście, na „Dalekich Echach” nie skończą się moje próby, choć pewnie trylogia pochłonie sporo czasu i sił (ach gdybym tylko wygrała w totka i mogła pisać całymi dniami!). Mam sporo pomysłów, niektóre trzymam specjalnie aż nadejdzie czas, gdy uznam, że mój warsztat do nich dorósł. Moje plany „warsztatowe” do powieści dla dorosłych sprowadzają się do kilku ogólnych założeń. Chciałabym w przyszłych, na przykład, popracować nad obrazowaniem i szukaniem oryginalnych, niebanalnych sposobów opisu. Potem skupić się na uwiarygodnieniu przedstawionego świata, ale nie do tego stopnia, by wyzbyć go z powieściowej „magiczności” i „wyjątkowości”, bo przede wszystkim ja sama traktuję książki jako portale do świata, gdzie rzeczy dzieją się trochę inaczej, gdzie trochę więcej jest możliwe, gdzie bohaterowie są „wolniejsi” i mniej ograniczeni niż ja. Tak lubię, tak mam. Chciałabym też nauczyć się tworzyć lepsze, przejrzystsze plany fabuły. Jak dotąd powstawały one na bieżąco. Zakończenie „Prządki” przyszło do mnie, gdy byłam w drugiej połowie powieści! I choć „Lustro babci Wirydiany” ma dość szczegółowy plan, to pozostałe dwa tomy jak na razie poza ogólnymi wydarzeniami są jeszcze rozmyte w mojej głowie. Dotyczy to również budowania ogólnie pojętej „przeszłości” przedstawionego świata – a w „Dalekich Echach” jest ona dość ważnym elementem. Jeśli chodzi o typ opowiadanych historii – moje książki podkarpackie trzymały się w założeniu opowiadania o dojrzewaniu, znajdowaniu własnego powołania, pierwszych uniesieniach, o tej kwitnącej, erupcyjnej fazie życia. Myślę, że fajnie byłoby w kolejnych książkach dotknąć trochę bardziej „dojrzałych” problemów i… dojrzałych uczuć. Chciałabym też spróbować czegoś lżejszego, utrzymanego w komediowym tonie (plan dwutomowej tego typu opowieści już się kurzy na dysku!).

Planowaną przygodową serię dla dzieci traktuję tu osobno. Mam nadzieję, że uda mi się jak stworzyć po trochu, równolegle z „Lustrem babci Wirydiany”. Muszę zabrać się za stworzenie pomocy wizualno-mnemonicznych, żeby jakoś opanować te dwa osobne światy. To trochę odstręczające zadanie, dość rzemieślnicze, a nie pomaga fakt, że artysta grafik ze mnie żaden.

Z rzeczy „niepisarskich” – chciałabym wkrótce w blogowym poście opowiedzieć o moich własnych książkach, które czytam – i dlaczego czytam takie a nie inne. Może ożywić jakoś moją Facebookową stronę – to dość trudne przy moim „fachu”, kiedy coś się naprawdę dzieje w porywach raz do roku, no i oczywiście wymaga cennego czasu.

Drobne rzeczy. Małe kroczki. Wszystko przyjdzie, teraz to wiem. Pisanie uczy cierpliwości – i wyrozumiałości wobec własnych niedociągnięć.

„Lustro Wirydiany”, o ile nic mi się nie przydarzy, będzie. Podobnie jak dwa pozostałe tomy „Dalekich Ech”. I kolejne książki…

Zaczęłam, dobrnęłam do połowy – i skończę.

2 thoughts on “Półmetek!

  1. Czekam z niecierpliwością i obiecuję że jeśli wygram w lotto przed tobą to obejmę patronat. Chciałam tylko dodać że podziwiam nie tyko Twój talent ale i talent Twojego męża.Pozdrawiam !

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s